Forum Brzeg on
Regulamin Kalendarz Szukaj Album Rejestracja Zaloguj

MegaExpert

Poprzedni temat :: Następny temat
Rozmowa z Piotrem Rabandą
Autor Wiadomość
qiero 
11


Wiek: 44
Dołączył: 23 Maj 2005

UP 12 / UP 0


Skąd: Brzeg

Wysłany: 2009-02-09, 21:46   Rozmowa z Piotrem Rabandą

Ma Pan za sobą długą i ciekawą karierę piłkarską, gdzie to wszystko się zaczęło?
W piłkę grałem już od najmłodszych lat, właściwie odkąd tylko zacząłem chodzić. Urodziłem się w Chropaczowie na Śląsku, gdzie gra w piłkę była ulubionym zajęciem wszystkich chłopaków. W mojej miejscowości była drużyna Czarni Chropaczów, w której grał mój tato i ja marzyłem o tym, żeby w niej grać. Żeby dostać się do drużyny trampkarzy tego klubu trzeba było mieć ukończone 12 lat, tato mi jednak załatwił żeby mnie przyjęli wcześniej i już pod koniec lat 50-tych byłem zawodnikiem mojego ulubionego klubu. Mój pierwszy mecz w trampkarzach skończył się zdobyciem przez mnie bramki samobójczej, na szczęście później trenerzy przesunęli mnie do napadu i już do końca kariery grałem w ataku. Niedługo potem zdobyliśmy mistrzostwo Śląska trampkarzy i mieliśmy grać przedmecz na Stadionie Śląskim przed meczem Polonii Bytom w Pucharze Intertoto. Przed meczem jednak spadł deszcz i nas nie wpuścili, żebyśmy nie zniszczyli boiska, byliśmy strasznie rozczarowani. Kilku moich kolegów z drużyny wkrótce trafiło do szkółki na Stadion Śląski, gdzie trenował ich Gerard Cieślik. Ja tym śladem nie podążyłem, a myślę że gdybym tam trafił, to moja kariera piłkarska inaczej by się potoczyła. Uważam jednak, że nie mam czego żałować. Jeszcze przed ukończeniem 15 lat zadebiutowałem w pierwszej drużynie Czarnych, grającej wówczas w lidze okręgowej. Wprowadził mnie do niej trener Maksymilian Gebur, były obrońca Ruchu Chorzów i było to dla mnie ogromne wyróżnienie. Stopniowo byłem wprowadzany do dorosłej piłki. Zanim opuściłem mój Chropaczów, Czarni połączyły się z Naprzodem Lipiny i powstał klub Naprzód/Czarni Świętochłowice. Tam miałem okazję grać między innymi z Alfredem Olkiem, który był później zawodnikiem Górnika Zabrze.

Niedługo później znalazł się Pan w Brzegu?
Pół roku po fuzji Czarnych z Naprzodem nadszedł czas, by odbyć służbę wojskową, nie od razu jednak trafiłem do Brzegu, tylko do Leszna. Tam działacze Polonii Leszno, grającej w Klasie A, wzięli mnie do drużyny. Wojsko utrudniało nam jednak trenowanie, czasami musieliśmy opuszczać koszary przez płot, by wziąć udział w zajęciach klubu. Nie odpowiadało mi to, więc zacząłem pisać do klubów wojskowych. Zgłosił się Wojskowy Klub Sportowy Odra Brzeg i tak, wiosną 1966 roku za sprawą majora Plasy, trafiłem do Brzegu. Od razu miasto bardzo mi się spodobało. Odra grała wówczas w okręgówce i była złożona głównie ze śląskich piłkarzy.

To były czasy, kiedy dwa kluby z Brzegu grały w jednej klasie rozgrywkowej, jak to wówczas wyglądało?
Tak, graliśmy mecze derbowe między Odrą, a Piastem. Kiedy do takich spotkań dochodziło, stadion cały się zapełniał. W Brzegu byli kibice zarówno Odry, jaki Piasta i przy wejściu na mecz były strzałki kierujące sympatyków obu klubów w dwie strony trybun. Atmosfera na tych meczach była wspaniała, a napięcie towarzyszyło nam długo przed ich rozpoczęciem. Gra za to była bardzo ostra. Naszym trenerem był wówczas Jodłowiec.

Po zakończeniu służby wojskowej pozostał Pan już w Brzegu.
W wojsku spędziłem ponad dwa lata i w tym czasie poznałem tu swoją przyszłą małżonkę, co skłoniło mnie do pozostania w Brzegu. Trafiłem do Stali Brzeg, grającej wówczas w Klasie A. W Brzegu w tym czasie też został, pochodzący również ze Śląska, Piotrek Sperling. Pół roku później, po wojsku, z Odry do Stali przeszli tacy gracze jak Józek Bodura, Jasiu Śliwiński i Staszek Majus i zaczęła się tworzyć drużyna, która dźwigała brzeską piłkę w górę. Trenował nas wtedy Cierpisz, który grał jednocześnie jako starszy zawodnik. Awansowaliśmy do okręgówki i klub zaczął się wzmacniać zawodnikami z Opola i Wrocławia. Tworzyła się silna drużyna, awansowaliśmy kolejno, do IV i III ligi i walczyliśmy o awans do II ligi.

Zanim jednak walczyliście o II ligę, to miał Pan szansę grać jeszcze wyżej, bo w I lidze.
Tak, pod koniec rundy jesiennej w 1971 roku kupił mnie Ruch Chorzów, w tym samym czasie Niebiescy kupili Józka Kopicerę. Zostałem tam sprowadzony na ostatnie dwa mecze rundy, ale tylko w jednym z nich zasiadłem na ławce rezerwowych, Ruch wygrał wówczas 4:1 z ŁKS i nie było mi dane pojawić się na boisku. Kadra Ruchu składała się wówczas głównie z reprezentantów Polski, grali tam wtedy Bronek Bula, Zygmunt Maszczyk, Joachim Marx, Antoni Piechniczek, Antoni Nieroba, Józef Gomoluch, Jerzy Wyrobek. Niektórzy z nich nosili wysoko podniesione głowy i moje przyjęcie do zespołu nie wypadło najlepiej. Do takiego Maszczyka to nie można się było odezwać nawet na treningu. Mecz z ŁKS był ostatnim w rundzie jesiennej, a wiosną w Ruchu mnie już nie było. Czekałem w Chorzowie na mieszkanie, bo żona była wtedy w ciąży z drugim dzieckiem – Tomkiem, a ta rozłąka bardzo nam doskwierała. Sprawa mieszkania jednak się przeciągała i wyraziłem prezesowi swoje niezadowolenie z tego powodu. Niedługo potem Antoni Piechniczek, który był wówczas grającym asystentem trenera Michala Vicana, poinformował mnie, że Ruch chce mnie sprzedać. Moja przygoda z I-ligowym klubem nie trwała więc długo, nauczyłem się za to, że żeby w sporcie coś osiągnąć, to trzeba trzymać język za zębami. Z Ruchu, razem z Gomoluchem trafiłem do Bielska do BKS Stal, która grała w III lidze. Tam też urodził się mój młodszy syn – Tomek.

Jako zawodnik BKS zagrał Pan przeciwko brzeskiej Stali, jak Pan wypadł w meczu ze swoją byłą drużyną?
Stal Brzeg przyjechała wówczas na mecz do Bielska i przegrała 5:1, a ja strzeliłem w tym meczu dwie bramki. Brzeski klub prowadził wtedy trener Smagowicz, który powiedział, że chce mnie mieć w Brzegu i koniec. A jako, że żonie nie za bardzo się podobało w Bielsku, wróciliśmy do Brzegu i tam grałem już do końca kariery, czyli do początku lat 80-tych, za wyjątkiem epizodu na wypożyczenie do II-ligowego Metalu Kluczbork, z którym z resztą spadłem do III ligi.

Po Pana powrocie do Brzegu nastał czas największych sukcesów brzeskiej piłki, jak Pan wspomina te czasy?
Pierwszy raz w barażach o II ligę walczyliśmy w 1974 roku, prowadzeni przez trenera Ryszarda Wrzosa, byłego obrońcę opolskiej Odry. Graliśmy wtedy, o ile dobrze pamiętam, z Oławą i Walką Makoszowy. Przegraliśmy wtedy tą rywalizację można powiedzieć, że z pomocą „nieczystych sił”. Druga szansa na awans przytrafiła się już dwa lata później. Znów awansowaliśmy do baraży, a naszym trenerem był Engelbert Jarek, legendarny piłkarz Odry Opole, znakomity szkoleniowiec z dużym autorytetem. Na boisku wywalczyliśmy awans do II ligi, ale nigdy w niej nie zagraliśmy. Stało się to za sprawą nieuprawnionego do gry środkowego obrońcy Andrzeja Pokin-Sochy, który przyszedł do nas na baraże z Nysy. Wina za to właściwie spoczywa po stronie nas wszystkich, i trenera i zawodników i zarządu klubu. Informacja o tym, że Andrzej nie powinien grać, dotarła do Unii Tarnów, jednego z naszych rywali w barażach już w trakcie ich trwania. Skończyło się to dyskwalifikacją i na szczęście degradacją tylko do III ligi, bo mogło być jeszcze gorzej. Latem na obozie przygotowywaliśmy się do sezonu w II lidze, prezes Siuda z kierownictwem jeździli do Warszawy załatwiać wszystkie sprawy, ale to było już nie do odwrócenia. Wielka szkoda, tym bardziej że uważam, że bez Andrzeja też byśmy sobie poradzili z awansem. Później brzeska piłka toczyła się powoli w dół, do tych sukcesów już nie wróciliśmy.

Czy po zakończeniu kariery na stałe rozstał się Pan z piłką?
Nie, nie skończyłem z tym od razu. Przestałem grać na początku lat 80-tych, ale później jeszcze jako grający trener Stali pojawiałem się na boisku. Pracowałem też jako trener w kilku klubach na wioskach, jak w Lipkach, Wiązowie, czy Łosiowie i jeszcze raz w Stali. Praca trenera nie układała mi się jednak, ta jak bym to widział, często było tak, że zawodnicy mieli swoją, inną wizję treningów, a to nie sprzyjało pracy.

Jak w czasach tych największych sukcesów piłkarskich wyglądało zainteresowanie kibiców w Brzegu?
Mieliśmy wspaniałych kibiców, stadion zawsze, na każdym meczu, był pełny. Kibice byli bardzo za nami, byli gotowi dokładać się nawet do naszych sukcesów. Pamiętam taką sytuację, po meczu w barażach z Resovią, który wygraliśmy bodajże 3:1, poszliśmy na kolację do Restauracji Stylowa w Rynku. Cała restauracja była pełna i jak do niej weszliśmy, to wszyscy wstali z miejsc i bili nam brawo. Ci ludzie wtedy oddaliby nam wszystko, każdy chciał z nami porozmawiać, zaciągali nas do baru, dawali czekolady, bo wiedzieli że niektórzy z nas mają dzieci. Całe miasto wówczas żyło naszymi sukcesami. Nawet w zakładach pracy, w których byliśmy zatrudnieni, ludzie się interesowali naszymi wynikami, przy wielu stanowiskach pracy notowano, jaki był wynik meczów i kto strzelił bramki. To było naprawdę bardzo miłe.

Co z Pańskiej kariery najbardziej utkwiło w pamięci?
Jeśli chodzi i przyjemne rzeczy, to na pierwszym miejscu jest dwukrotna walka z brzeską Stalą o awans do II ligi. To są moje największe sukcesy, zakończone niestety porażką. Na pewno też przejście do Ruchu Chorzów jest taka przyjemną częścią w mojej historii, czy też gra w II lidze w Kluczborku. Jeśli zaś chodzi o przykrości, to największa spotkała mnie po jednym z meczów z Odrą Wrocław. Zostałem wtedy wyrzucony z boiska za czyn, którego nie popełniłem. Zawodnik Odry przez cały czas utrudniał mi granie, drapał, pluł, szczypał i wydawało się, że mogłem go uderzyć, ale on tylko to udał. W „Sporcie” pisali wówczas „Uwaga biją” i byłem tam wymieniany razem z reprezentantem kraju Adamem Musiałem jako niebezpieczny zawodnik. To była bardzo przykra sprawa. Po latach spotkałem tego zawodnika Odry, już jako trenera i zapytałem go jak on to zrobił, ze wszyscy widzieli, że ja go uderzyłem w twarz. On mi na to: „nie gniewaj się, ale musieliśmy coś zrobić, żeby Cię wyeliminować” i wtedy już zaczęliśmy się z tego śmiać.

Jakich brzeskich piłkarzy uznaje Pan za najlepszych w historii?
Nie widziałem tych, którzy tu grali przed moim przyjściem, więc trudno mi się wypowiadać na ich temat. Mogę jedynie ocenić tych, którzy tu grali później. Pod koniec lat 90-tych Kurier Brzeski przeprowadził plebiscyt na piłkarza 50-lecia w Brzegu i byłem bardzo zawiedziony jego wynikami. Wygrał wówczas Janusz Żebrowski, który był dobrym piłkarzem, ale na pewno nie zasługiwał na takie wyróżnienie. Ja za najlepszego piłkarza w historii uważam Adama Bonię, który później grał w I lidze w Opolu i Rzeszowie, a na koniec wrócił jeszcze do Brzegu. Poza tym Franek Rokitnicki, czy Zenon Trzonkowski, piłkarze którzy grali w I lidze. Franek Rokitnicki w pewnym momencie dostał się przecież nawet do szerokiej kadry Piechniczka i choć w niej nie zagrał, to sam fakt powołania o czymś świadczy. Także wyróżniłbym takich piłkarzy jak Józek Bodura, Jasiu Śliwiński, Piotrek Sperling i wielu innych, także z grona które walczyło o II ligę.

Zdarzało się też, że do Brzegu trafiali gracze mający za sobą grę w I lidze?
I było ich całkiem dużo. Można tu wymienić takich zawodników jak Wiesiek Korek z Odry Opole, Białaś, Leszek Stykała, Berger, Jan Matysek, ojciec Adama – reprezentanta Polski, również bramkarza. Stal prowadzili też trenerzy z I-ligową przeszłością, jak Gajda, wspomniany wcześniej przeze mnie Engelbert Jarek, Ficek czy Brejza.

A jak Pan ocenia występy Marcina Nowackiego, który jest drugim, po Panu, graczem z Brzegu w Ruchu Chorzów?
Jest dla mnie zaskoczeniem, że zawodnik tego wzrostu gra na dobrym poziomie w I lidze. To jest na pewno bardzo dobry piłkarz, w ekstraklasie nie grają przypadkowi piłkarze.

A co Pan sądzi o innym graczu, który należy do najlepszych brzeskich piłkarzy w ostatnim czasie, a mianowicie o Tomaszu Rabandzie?
Oceniam go za całokształt kariery pozytywnie, ale wydaje mi się, że gdyby mnie słuchał, to osiągnąłby więcej. Moim zdaniem, gdyby był wysuniętym środkowym obrońcą, to zrobiłby większą karierę niż ta która była jego udziałem. Chociaż jako napastnik też sobie dobrze radził i radzi nadal.

Czy zdarza się Panu obecnie bywać na meczach brzeskich piłkarzy?
Nie zdarza się, nie chodzę, bo nie lubię jak Tomek za dużo mówi na boisku. Wołałbym, żeby więcej grał, a mniej gadał. A poza tym już się trochę najeździłem po meczach i chcę mieć trochę spokoju. Wyniki naszych piłkarzy jednak cały czas śledzę, a jak zdarzy mi się przejeżdżać koło stadionu, to serce jednak mocniej bije.

Rodzina Rabandów to prawdziwa piłkarska sztafeta, teraz pierwsze piłkarskie kroki stawia już czwarte pokolenie.
To prawda, mój tato grał w piłkę i zawsze się chwalił że w jednym meczu strzelił pięć torów głową. Ja grałem, grał starszy syn Darek, który jednak zakończył swoją przygodę w wieku juniora, a Tomek gra do tej pory. Ostatnio także mój wnuk – Kubuś, syn Tomka, trenuje w młodzieżowej grupie w klubie. Muszę kiedyś zobaczyć jak gra, bo jeszcze nie widziałem. Poza tym moja żona też zajmowała się sportem, była lekkoatletką, biegała 100 metrów, skakała w dal. Z resztą poznaliśmy się na stadionie.

Dziękuję za rozmowę.
0 UP 0 DOWN
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Zobacz posty nieprzeczytane

Skocz do:  

Tagi tematu: piotrem, rabanda, rozmowa


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template BMan1Blue v 0.6 modified by Nasedo
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 19
Nasze Serwisy:









Informator Miejski:

  • Katalog Firm w Brzegu